"Kto bowiem przestaje pogłębiać swoją wiedzę i kształtować charakter, a więc pracować nad sobą, by rozwinąć jak najszerzej swoje horyzonty, przestaje żyć.” Thomas Bernhard „Wymazywanie. Rozpad”

poniedziałek, 4 grudnia 2017

"Imię Pani" Krzysztofa Koziołka – kulisy powstania powieści

Kryminał retro to taka bestia, która wysysa z autora wszystkie siły witalne, przyprawia o palpitacje serca, mdłości, a na koniec i tak zawsze odbija się czkawką. Wcale nie przesadzam, praca nad tego typu powieścią jest jak wyrok z klauzulą natychmiastowego wykonania. Niby to tylko kilka miesięcy wyjęte z życiorysu, lecz jednak…


Na moim koncie widnieje już 13 wydanych powieści, w tym trzy kryminały retro (kolejne dwa czekają na wydanie), mam więc porównanie, jak wygląda tworzenie "zwykłego" kryminału, thrillera czy powieści sensacyjnej, a jaka jest katorga nad "retro". Praca nad tym ostatnim ma swoje twarde prawa. Jednym z nich jest konieczność poświęcenia setek (sic!) godzin na zbieranie materiałów w bibliotekach, muzeach i w terenie – jak to istotne, zdradzę już za chwilę – czy też lekturę mnóstwa publikacji, tysięcy pocztówek (często z lupą przy oku!) i niezliczonej liczby stron w internecie. Tylko to pozwoli autorowi odwzorować realia historyczne, topograficzne, społeczne i kulturowe, co z kolei skutkuje przeniesieniem czytelnika w czasie. Oczywiście jest opcja numer dwa, czyli skorzystanie z wehikułu czasu, jednakowoż jak do tej pory nie znam żadnego pisarza, który byłby w jego posiadaniu.

Używając języka matematyki, można by powiedzieć, że pisanie kryminału retro to 10, góra 15 procent pracy nad książką, resztę – czyli przytłaczającą większość – zabiera buszowanie między regałami, wertowanie źródeł, przeglądanie internetów i, uwaga, zbliżamy się do gwoździa programu: "badania terenowe" z aparatem fotograficznym i notatnikiem w dłoniach. Cudzysłów stawiam tylko po to, aby nie przyczepił się żaden zawodowy naukowiec, historyk lub histeryk z wielką satysfakcją wytykający jakiś drobniutki błąd. Tak, w kryminałach retro takowe się zdarzają, a to dlatego, że ich autor czy autorka ma za zadanie napisać powieść historyczną, a nie prowadzić fachową kwerendę i weryfikować fakty! Nie znaczy to jednak, że wolno kłamać! Wyjaśnię na przykładzie. Mam taką zasadę podczas pisania kryminałów retro: jeśli jakąś informację uda mi się potwierdzić czy sprawdzić, robię to, jeżeli weryfikacja jest niemożliwa lub zajęłaby mi dwa lata i zrujnowała finansowo, ufam temu źródłu, które udało mi się namierzyć, chociażby potem jakiś histeryk miał mnie za to palić na stosie.

Pamiętam jak dziś, gdy podczas pracy nad "Furia rodzi się w Sławie" w pewnym momencie, sprawdzając jakąś błahostkę, dotarłem do... Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ściągnięcie interesującego mnie mikrofilmu miało potrwać kilka miesięcy (i jeszcze sporo kosztować), więc zrezygnowałem. Z kolei, gdy pracując nad kryminałem retro "Imię Pani", ku swojemu zdziwieniu skonstatowałem, że według jednych materiałów wieże kościoła opackiego mają 71 metrów wysokości, a w innych są o metr wyższe, nie odpuściłem. Dzięki temu wkrótce stałem się szczęśliwym posiadaczem wiedzy o różnicy w dawnych miarach katolickich i protestanckich, a wspomniane brakujące 100 centymetrów cudownie się "odnalazło".

Skoro mowa o "Imieniu Pani", moim najnowszym dziele, jest ono wyjątkowe, przede wszystkim za sprawą miejsca, w którym dzieje się akcja, czyli dawnego opactwa benedyktyńskiego w Krzeszowie (a właściwie w: Grüssau, bo tak się wówczas po niemiecku nazywało). Gdy tylko znalazłem się tam pierwszy raz, od razu w myślach zacząłem kombinować, kogo i jak by tu zamordować, literacko oczywiście. Jakiś czas później zacząłem grzebać w materiałach źródłowych, a potem pojechałem na miejsce i to był... najważniejszy moment całego przedsięwzięcia, o czym zresztą dowiedziałem się po fakcie. Co mam na myśli? Ano to, że podczas zbierania materiałów do powieści (słynne "badania terenowe" czy jak kto woli: research), mieszkałem na terenie dawnego opactwa, konkretnie w domu gościnnym opata, dokładnie w tym samym miejscu (ba, nawet w pokoju, a właściwie w apartamencie biskupim!), w którym potem na kartach powieści zamieszkał komisarz kryminalny Gustav Dewart. Można powiedzieć, że dzięki temu w niepowtarzalny sposób nasiąknąłem tym specyficznym klimatem, który, mam ogromną nadzieję, widać na kartach książki. Podobnie jak to, że wszystkie Dewarta wędrówki, wycieczki, wyjazdy, eskapady, pogonie i ucieczki (a sporo ich było) były też wcześniej moim udziałem, nie licząc kilku drobnych mordobić. Tak samo jak wiejący od Śnieżki (dawniej: Śnieżnej Kopy) wstrętny zimny wiatr, też zresztą odgrywający na kartach książki swoją rolę…

Ps. Jakby mało było zbierania materiałów w opactwie, to nawet filmowy zwiastun książki wyprodukowałem w tych klimatycznych wnętrzach i plenerach, zachęcam do obejrzenia, link poniżej!


Fot: archiwum autora



Tekst
Krzysztof Koziołek
Strona internetowa:
Fanpage
Filmowy zwiastun książki:
Recenzja: 
[Imię Pani]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz